Ten o grupie wsparcia

0

Zachęcony zaskakująco wysokiej jakości (jak na to forum ;-) odpowiedziami w wątku Czy praca w korpo was zmieniła?, postanowiłem zaryzykować OT. Zabieram się do imlementacji systemu pt "grupa wsparcia" - technicze przedstawienie problemu jest próbą konwersji na format lepiej trawiony przez IT (aż takim psychopatą chyba nie jestem). Pytam się tutaj, ponieważ z postów wnioskuję, że sporo ludzi podąża tu podobnymi ścieżkami. Na razie jestem na etapie szacowania opłacalności, więc byłbym wdzięczny z uwagi, opinie, etc Reprezentuję postawę: "jakoś to będzie", "dam sobie radę", ale rozglądając się po znajomych widzę, że nie zawsze to takie proste.
Tak więc:
1) Czy macie grupę wsparcia, jesteście świadomi jej istnienia i aktywnie ją utrzymujecie?
Mam na myśli kogoś kto przyjechałby Was wyciągnać z aresztu, jeśli Wam partner kitnie pomógł się ogarnąć przez te pierwsze kilka tygodni, pomógł w sytuacji Depresja, etc?
2) Jak duża jest ta grupa?
Jedna, kilka osób?
3) Jaki czas reakcji byłby dla Was akceptowalny (to pytanie szczególnie do osób na emigracji)
Czy ktoś musiałby się zjawić w ciągu dnia, tygodnia? Co byście robili w międzyczasie, jeśli sytuacji której po prostu nie macie szansy ogarnąć (mam dobrą implementację stoicyzmu, ale nie wiem czy wszystko wytrzyma). btw, (tak od siebie) ostatnio doszedłem do wniosku, że w byciu na emigracji, brak bezpieczeństwa jakie zapewnia taka grupa to coś co mi nie przyszło do głowy w momencie wyjazdu.
4) Z kogo się składa ta grupa, z kogo chcielibyście żeby się składała?
Rodzina, przyjaciele jeszcze z podstawówki, liceum, etc..

Pytania dodatkowe:
5) W miastach "tymczasowych", jak ogarniacie budowanie takiej grupy?
Wa-wa, London, NY, HK, etc - ludzie nie przyjeżdzają na całe życie, więc budowanie z nimi takiej silnej relacji wydaje mi się nieszczere (zarówno ja, jak i oni, mogą się spakować i ruszyć drogę, przechodząc do gen 'przyjaciele'). To pytanie w kontekście Gdzie warto wyjechać na stałe
6) Jak ogarniacie / ustawiacie finansowe zangażowanie?
Nie wiem czy potrafię to ogarnąć (raczje trudno mi nawet o tym myśleć), ale np. osoba z tej grupy dobrze orientuje się w mojej sytuacji finansowej (i ja jej), jeżeli jednej z osób w tej relacji powinie się noga - wyprztykacie się z całych oszczędności i zaczynacie tę grę w życie od początku? Czy jednak ustawiacie sobie jakiś budżet (np. na Marcina z rakiem, tak do 50% oszczędności, dla rodziny jedziemy do 100% + bierzem długi, itp)
7) Jaki koszt (czas, emocje) utrzymania tej grupy jest dla Was akceptowalny?
Jeżeli można sobie posiedzieć z znajomymi, nad projektem, grą, filmem, zająć się generalnie tym co Was interesuje najbardziej, wszelka interakcja z innymi osobami nie zawsze jest po drodze (szczególnie, że w takiej grupie wsparcia mogą się przydać osoby, które są niekoniecznie ciekawe, ale za to takie na których można polegać). Ile czasu byście poświęcili na zbudowanie i utrzymanie takiej relacji, jeżeli jest w w ogóle możliwe stworzenie czegoś takiego? np. relacji w której ktoś ma inne podejście do życia (taki hedge), które Cię generalnie denerwuje, ale to inteligenty i b.solidny z niego człowiek.
8) Implementowalibyście usuwanie chwastów?
Zdegradowalibyście osoby w takiej grupie gdy koszt, powiedzmy po roku, ich utrzymania przewyższa oczekiwane korzyści? np. brat bratem, ale jak mu się urodziło 3 dziecko, nudzi strasznie, a do tego na zasiłku siedzi i mu się d**y nie chce ruszyć, ląduje więc w kategorii 'rodzina' i mu się zaczyna słać kartki na święta, a nie inwestować czas, emocje, etc w jego problemy..

Od jakiegoś czasu rozkminiam ten temat, więc mam już trochę przemyśleń spoza IT - nie chodzi mi więc tutaj o porady z Waszej strony na temat sensowności bądź też nie (tj. ogólne, na poziomie 'pieprzysz dziadu'). Wiem, że temat nie jest dla każdego. Raczej, chodzi mi tu o weryfikację czy coś oczywistego mi tu nie umknęło, kryteria (skalę) którymi byście się kierowali, może nawet jakiś dobry pattern na imlementecję tego typu 'systemu'.

4

Tak, mam przyjaciół i rodzinę, nie mierzę opłacalności ich posiadania tak bzdurną miarą jak pieniądze.

6

po prostu przestan byc takim materialista i robic quantitative analysis w relacjach miedzyludzkich, bo skazujesz sie na wieczne nieszczescie.

nie mam "grupy wsparcia", co to w ogole za termin? :D mam rodzine i lepszych/gorszych "przyjaciol" ale na zadna z tych osob nie patrze w kategorii "czy oplaca sie to utrzymywac". po prostu z niektorymi ludzmi fajnie sie spedza czas i ma sie wiele wspolnego, z innymi nie i w pewnym momencie znajomosc degraduje sie do krotkiego smalltalka gdy sie gdzies przypadkiem spotkamy.

0
somekind napisał(a):

Tak, mam przyjaciół i rodzinę, nie mierzę opłacalności ich posiadania tak bzdurną miarą jak pieniądze.

Wiem, że może zbyt szorstko, technicznie podchodzę do tego problemu, ale mam akurat trochę czasu i potrzebę ogarnięcia tematu zanim rzeczy zaczną się sypać. Staram się budować świadome relacje z ludźmi (a nie je 'mieć'). Rodziny sobie nie wybrałem :-) Nad dalszymi relacjami myślę, że mogę popracować juz trochę bardziej rozmyślnie.
Chyba się zgodzę, że szukam oszacowania opłacalności, ale nie chodzi tu o finanse, a raczej o zweryfikowanie na jaki koszt w czasie i zaangażowaniu emocjonalnym, tj. życiu moim i moich najbliższych, jestem gotowy (np. poświęciłbym oszczędności całej Twojej rodziny, narażając dzieciaki, partnera na klepanie biedy, czy też miałbyś gdzieś granicę?). Poświęcenie oszczędności to tylko moja próba wyrażenia tego w miarze zrozumiałej dla innych. Mógłbym pisać o oddaniu nerki (drugiej?) lub serca ale wtedy temat z 'jak zbudować grupę ludzi z którą mogę iść przez życie zapewniając sobie wzajemne bezpieczeństwo w ramach uczciwie ustalonych granic' spytałbym się 'czy oddałbyś życie za swojego przyjaciela'.

Dzięki za odpowiedź!

0
katelx napisał(a):

po prostu przestan byc takim materialista i robic quantitative analysis w relacjach miedzyludzkich, bo skazujesz sie na wieczne nieszczescie.

Słyszę, przepraszam, wygląda na to że moja próba uproszczenia tematu w sumie temat zaciemnia. Materialism w moim pytaniu pojawia się, ponieważ na tym forum wątek Ile zarabiacie? jest tu jednym z najpopularniejszych. Także formułując pytanie w ten sposób liczyłem lepsze zrozumienie pytania.
Czy chcesz powiedzieć, że w tego typu relacjach nie podejmujesz się analizy, a i kryteriów nie masz w celu osiągnięcia większego spokoju (szczęścia?)?

nie mam "grupy wsparcia", co to w ogole za termin? :D

Nie wiem jak to inaczej ująć :-P w odpowiedzi na post @somekind napisałem: ' grupę ludzi z którą mogę iść przez życie zapewniając sobie wzajemne bezpieczeństwo w ramach uczciwie ustalonych granic'. Być może masz tę grupę i macie domyślnie ustawione granice na 'nie istnieją, 'jedziemy do oporu', etc. Pisząc ta odpowiedź zdaje sobie sprawę, że pozostanie w nieświadomości może być lżejsze. Szczególnie dla tych słabszych z moich relacji, które teraz mam i które mogłyby nie wytrzymać takiego pytania (teoretycznego), a postawione same sobie, w podbramkowej sytuacji (rzeczywistość) zaskoczyć stanięciem na wysokości zadania.

mam rodzine i lepszych/gorszych "przyjaciol" ale na zadna z tych osob nie patrze w kategorii "czy oplaca sie to utrzymywac".

Świetnie, cieszę się że tak poukładało Ci się życie (naprawdę, to nie sarkazm). U mnie zbiera się na burzę + mam trochę gorsze doświadczenia, więc postanowiłem sobie to trochę przemyśleć.

po prostu z niektorymi ludzmi fajnie sie spedza czas i ma sie wiele wspolnego, z innymi nie i w pewnym momencie znajomosc degraduje sie do krotkiego smalltalka gdy sie gdzies przypadkiem spotkamy.

Oczywiście, ale to nie są chyba ludzie których świadomie szukasz dlatego, że wiesz iż w trudnym momencie życia będziesz mogła na nich liczyć? Mi tu bardziej chodzi o relacje np. z jakimś dalszym wujkiem z rodziny z którym Cię nic nie łączy na co dzień, ale na którym wiesz że możesz polegać lepiej niż na większość przyjaciół. Powoli zaczynam się orientować, że tego typu relacje mogłem trochę zaniedbać. A że czas i energię mam ograniczoną zastanawiam się jak to sprawnie ogarnąć.

Dzięki za odpowiedź!

2

' grupę ludzi z którą mogę iść przez życie zapewniając sobie wzajemne bezpieczeństwo w ramach uczciwie ustalonych granic'

Widzisz, te twoje rozkminy są nic nie warte, z prostej przyczyny. Znasz zapewne powiedzenie, że "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie"? Tu nie ma ustalonych granic. Wszystkie ustalenia, w chwili kryzysu idą sobie w niebyt. Gdy pytasz ludzi, czy oddali by ci nerkę, gdyby była taka potrzeba, to jeden powie tak, inny powie nie... Natomiast gdy już naprawdę będzie taka potrzeba, to ten co powiedział "tak", może się rozmyślić, a nerkę może ci oddać ktoś, kogo byś w ogóle nie podejrzewał o to, że możesz spytać.

2
stic napisał(a):

Wiem, że może zbyt szorstko, technicznie podchodzę do tego problemu, ale mam akurat trochę czasu i potrzebę ogarnięcia tematu zanim rzeczy zaczną się sypać. Staram się budować świadome relacje z ludźmi (a nie je 'mieć'). Rodziny sobie nie wybrałem :-) Nad dalszymi relacjami myślę, że mogę popracować juz trochę bardziej rozmyślnie.

Nie bardzo rozumiem na czym polega to świadome budowanie relacji z ludźmi. Jeśli kogoś lubię z jakiegoś powodu, to się z tym kimś zadaję częściej i relacja się buduje w sposób naturalny. Czasami też relacja się w sposób naturalny pogarsza, gdy drogi się rozchodzą z różnych powodów. Nie widzę sensu w celowym zabieganiu o czyjeś względy albo celowym odrzucaniu od siebie kogoś.

Chyba się zgodzę, że szukam oszacowania opłacalności, ale nie chodzi tu o finanse, a raczej o zweryfikowanie na jaki koszt w czasie i zaangażowaniu emocjonalnym, tj. życiu moim i moich najbliższych, jestem gotowy (np. poświęciłbym oszczędności całej Twojej rodziny, narażając dzieciaki, partnera na klepanie biedy, czy też miałbyś gdzieś granicę?).

Nie będę siebie ani swoich bliskich narażał, bo to nie pomoże nikomu. Nie miałbym problemu z przeznaczeniem całych swoich oszczędności na pomoc komuś, na kim mi zalezy. To tylko pieniądze, a ja w ciągu kwartału i tak znowu będę miał więcej oszczędności niż przeciętny Polak.

Mógłbym pisać o oddaniu nerki (drugiej?) lub serca ale wtedy temat z 'jak zbudować grupę ludzi z którą mogę iść przez życie zapewniając sobie wzajemne bezpieczeństwo w ramach uczciwie ustalonych granic' spytałbym się 'czy oddałbyś życie za swojego przyjaciela'.

Serca to nie bardzo da się oddać zgodnie z prawem, i logiką również. ;)
Co do nerek (ani innych rzeczy potencjalnie oddawalnych), to faktycznie z tym mam łatwiej, bo z obiektywnych przyczyn i tak nikomu niczego nie oddam, więc takich dylematów nie mam.
Oddawanie życia to nie jest raczej coś, co się planuje, to raczej coś, co się dzieje przypadkiem w jakichś tam specyficznych sytuacjach.

0
aurel napisał(a):

' grupę ludzi z którą mogę iść przez życie zapewniając sobie wzajemne bezpieczeństwo w ramach uczciwie ustalonych granic'

Widzisz, te twoje rozkminy są nic nie warte, z prostej przyczyny. Znasz zapewne powiedzenie, że "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie"? Tu nie ma ustalonych granic. Wszystkie ustalenia, w chwili kryzysu idą sobie w niebyt. Gdy pytasz ludzi, czy oddali by ci nerkę, gdyby była taka potrzeba, to jeden powie tak, inny powie nie... Natomiast gdy już naprawdę będzie taka potrzeba, to ten co powiedział "tak", może się rozmyślić, a nerkę może ci oddać ktoś, kogo byś w ogóle nie podejrzewał o to, że możesz spytać.

Możliwe, że masz rację i tak naprawdę nie ma sensu tego rozważać. Szczególnie w kategorii nerki. Choć myślę, że i tu mógłbym jasno powiedzieć - stary po prostu nie wiem jak się zachowam w tej sytuacji, np. ja wiem że szpikiem się podzielę, nerką to już musiałbym się zastanowić, ale że nikt mi tego pytania nie zadał to się nad tym nie zastanowiłem i nie mam (jeszcze) pojęcia komu bym ją oddał a komu raczej nie :-]
@aurel myślę że jest wiele sytuacji w których ludzie raczej stają na wysokości zadania zgodnie z tym co uprzednio zaoferowali. Że są 'granice' w stylu, np. rozwód się trafił i musisz się gdzieś zatrzymać i pozbierać - jeden kumpel sam by Cię przetrzymał (ale będzie mógł tylko tydzień, bo żona nie chce mieć w domu drugiego darmozjada), a u drugiego wiesz że bez problemu i z pół roku możesz spędzić (i jeszcze pomoże Ci się ogarnąć). Na dziecka operacje musisz nazbierać, ktoś tam ma w tym doświadczenie, wie jak to zorganizować, ktoś inny jest po prostu obrzydliwie zamożny. Próbujesz załatwić sobie albo partnerce pracę, wiesz kto Cię poleci, a kto nie zaryzykuje mieszania pracy z przyjaźnią, itp, itd.

Jeśli myślisz, że nie ma tego sensu rozkminiać to chyba trochę przyjmujesz moja obecna postawę, że jakoś to będzie. Dobrze Cię rozumiem?

0
somekind napisał(a):
stic napisał(a):

Wiem, że może zbyt szorstko, technicznie podchodzę do tego problemu, ale mam akurat trochę czasu i potrzebę ogarnięcia tematu zanim rzeczy zaczną się sypać. Staram się budować świadome relacje z ludźmi (a nie je 'mieć'). Rodziny sobie nie wybrałem :-) Nad dalszymi relacjami myślę, że mogę popracować juz trochę bardziej rozmyślnie.

Nie bardzo rozumiem na czym polega to świadome budowanie relacji z ludźmi. Jeśli kogoś lubię z jakiegoś powodu, to się z tym kimś zadaję częściej i relacja się buduje w sposób naturalny. Czasami też relacja się w sposób naturalny pogarsza, gdy drogi się rozchodzą z różnych powodów. Nie widzę sensu w celowym zabieganiu o czyjeś względy albo celowym odrzucaniu od siebie kogoś.

Ta świadomość polega na tym, że wraz z upływem czasu się zorientowałem, że te 'naturalne' degradacje relacji wynikają także z braku (mojej) uwagi. Są takie relacje, które teraz chętnie bym utrzymał, ale w przeszłości je zawaliłem (zwykle nie przeznaczając na nie wystarczająco dużo czasu). Analogicznie, trochę (chyba) za dużo czasu poświęciłem na nic w moje życie nie wnoszące znajomości. Także, zdając sobie sprawę z tego, że czas jaki mam nie jest nieskończony trochę to chciałem ogarnąć. Nie mówię o porzuceniu przyjaźni na rzecz pełnej automatyzacji, ale o dość świadomej budowie pewnej grupy na której można byłoby polegać.

Chyba się zgodzę, że szukam oszacowania opłacalności, ale nie chodzi tu o finanse, a raczej o zweryfikowanie na jaki koszt w czasie i zaangażowaniu emocjonalnym, tj. życiu moim i moich najbliższych, jestem gotowy (np. poświęciłbym oszczędności całej Twojej rodziny, narażając dzieciaki, partnera na klepanie biedy, czy też miałbyś gdzieś granicę?).

Nie będę siebie ani swoich bliskich narażał, bo to nie pomoże nikomu. Nie miałbym problemu z przeznaczeniem całych swoich oszczędności na pomoc komuś, na kim mi zalezy. To tylko pieniądze, a ja w ciągu kwartału i tak znowu będę miał więcej oszczędności niż przeciętny Polak.

No i widzisz, ustalasz w ten sposób relacje i imho warto to sobie przemyśleć. Ja np. siebie mógłbym narazić (nawet jeśli moim bliskim by się to nie podobało), o nich oczywiście nie mogę stanowić. Czyli do zera byś zszedł, co z sprzedaniem domu, wzięciem kredytu, etc? Np. wiesz że się nie wygrzebiesz nie przez kwartał a 3-5 lat, wchodzisz w to?

Mógłbym pisać o oddaniu nerki (drugiej?) lub serca ale wtedy temat z 'jak zbudować grupę ludzi z którą mogę iść przez życie zapewniając sobie wzajemne bezpieczeństwo w ramach uczciwie ustalonych granic' spytałbym się 'czy oddałbyś życie za swojego przyjaciela'.

Serca to nie bardzo da się oddać zgodnie z prawem, i logiką również. ;)
Co do nerek (ani innych rzeczy potencjalnie oddawalnych), to faktycznie z tym mam łatwiej, bo z obiektywnych przyczyn i tak nikomu niczego nie oddam, więc takich dylematów nie mam.
Oddawanie życia to nie jest raczej coś, co się planuje, to raczej coś, co się dzieje przypadkiem w jakichś tam specyficznych sytuacjach.

Myślę, że emocje przesłoniły tu pytanie - nie chodzi tu o ratowanie życia (wręcz przeciwnie, patrz cytat). Chodzi mi tu o grupę która zapewnia sobie ubezpieczenie na trudne do przewidzenia ale jednak możliwe do wyobrażenia sobie i co ważniejsze rozwiązania (z odpowiednim nakładem wysiłku) dołki w życiu.

3

Jeśli myślisz, że nie ma tego sensu rozkminiać to chyba trochę przyjmujesz moja obecna postawę, że jakoś to będzie. Dobrze Cię rozumiem?

Zawsze będzie jakoś.

1 użytkowników online, w tym zalogowanych: 0, gości: 1, botów: 0