Wątek przeniesiony 2017-03-16 22:04 z Nietuzinkowe tematy przez somekind. Powód: Niepoprawna kategoria forum

Pisanie open source w pracy

Odpowiedz Nowy wątek
2017-03-16 21:23
2

Prowadzący zajęcia parę razy wciskał nam coś, co później okazało się być bzdurą, np. że nazwa "round robin" wzięła się od ptaka - rudzika albo że jedynym poważnym źródłem zarobków Microsoftu jest subskrypcja Office365 i praktycznie nic innego już nie sprzedają.

Ostatnio znowu coś powiedział, a ponieważ pierwszy raz usłyszałem o czymś takim, postanowiłem napisać tutaj pytanie z prośbą o weryfikację.

W wielu firmach, w których programiści pracują nad projektami komercyjnymi, podpisują specjalne umowy zabraniające im w razie opuszczenia firmy pisania podobnego kodu przez następne parę lat. Programiści omijają ten proceder, publikując napisany przez siebie kod na licencji otwartej typu MIT, po czym importując go do projektu komercyjnego jako bibliotekę. W razie zmiany miejsca pracy, będą mogli w ten sposób skorzystać z już gotowego kodu swojego autorstwa i jednocześnie nie złamią postanowień umowy.

Wiem, że to brzmi śmiesznie, ale mimo wszystko chciałbym rozwiania moich wątpliwości przez osoby z doświadczeniem komercyjnym xD


Miał prawie dobre informacje - bardzo dużym źródłem przychodów Microsoftu jest Azure. Więc nie Office 365, nie jedynym i coś innego jednak sprzedają, ale jednak prawie dobrze. Jak z tymi rowerami na Placu Czerwonym. - Ktos 2017-03-17 20:42

Pozostało 580 znaków

2017-03-17 11:04
0

@Wibowit i co, bierzecie się za klepanie fixów w kompilatorze Scali albo w bibliotece standardowej? Wątpie. Co najwyzej wystawicie ticket developerom Scali/Akki/czego tam używacie a u siebie będziecie w międzyczasie jakieś workaroundy pakować. I to wszystko działa, dopóki jest komu wystawić ticket. Jeśli polegacie mocno na bibliotece noname ściągniętej kiedyśtam z githuba, która juz nie jest rozwijana to sytuacja wygląda trochę inaczej, bo nagle zostajecie z ręką w nocniku, bo nikt tego nie naprawi.

Przecież to jest jeden z głównych powodów czemu ludzie kupują soft of dużych firm w stylu IBM. Nie dlatego że ten soft jest jakiś specjalnie dobry, ale dlatego że jest gwarancja że ktoś to będzie utrzymywał.


Non nascuntur sed fiunt christiani :)
Nie masz kłopotów? Kup komputer...

[Na pw przyjmuje tylko zlecenia. Masz problem? Pisz na forum, nie do mnie]
edytowany 1x, ostatnio: Shalom, 2017-03-17 11:06

Pozostało 580 znaków

2017-03-17 11:04
2

Programiści omijają ten proceder, publikując napisany przez siebie kod na licencji otwartej typu MIT, po czym importując go do projektu komercyjnego jako bibliotekę. W razie zmiany miejsca pracy, będą mogli w ten sposób skorzystać z już gotowego kodu swojego autorstwa i jednocześnie nie złamią postanowień umowy.

  1. Wszystkie projekty open source, z jakich korzystamy w korpo, muszą być zgłoszone w specjalnym miejscu, więc ktoś mógłby zauważyć, że daję linki do własnego githuba...
  2. Moje korpo nie przejmowałoby się niuansami technicznymi i wytoczyłoby przeciwko mnie wszystkie procesy... Akurat wiem, że mają tu bardzo negatywne spojrzenie na działalność konkurencyjną i nie odpuszczają. Trzeba pamiętać o tym, że sędzia też niespecjalnie rozumie niuanse technologiczne, za to łatwo będzie mu zrozumieć intencję "wyniósł kod z firmy".
  3. Czemu w ogóle miałabym to robić? Jaki w tym sens? Przecież nowa firma zapłaci mi za napisanie tych narzędzi od nowa... Byłaby to super okazja do napisania ich lepiej...
  4. Jakby to wyszło na jaw, to przecież żadna poważna firma by cię już nigdy nie zatrudniła, bo po prostu nie będą chcieli, żebyś w przyszłości wyniósł ich kod...

Pozostało 580 znaków

2017-03-17 11:07
0

@Shalom:
Temat nie jest o zaciąganiu losowych bibliotek z GitHuba, tylko o wrzucaniu własnych. Z tych bibliotek korzystali ci sami goście, co je pisali. Więc jeśli mieli wystawiać tickety, to samym sobie, bo sami byli autorami. Sytuacja oczywiście zmieniła się po wymianie zespołu i teraz my jesteśmy trochę z ręką w nocniku, ale z drugiej strony biblioteki te są sprawdzone mocno w naszym projekcie.


"Programs must be written for people to read, and only incidentally for machines to execute." - Abelson & Sussman, SICP, preface to the first edition<hr>"Ci, co najbardziej pragną planować życie społeczne, gdyby im na to pozwolić, staliby się w najwyższym stopniu niebezpieczni i nietolerancyjni wobec planów życiowych innych ludzi. Często, tchnącego dobrocią i oddanego jakiejś sprawie idealistę, dzieli od fanatyka tylko mały krok."
Demokracja jest fajna, dopóki wygrywa twoja ulubiona partia.
edytowany 2x, ostatnio: Wibowit, 2017-03-17 11:09

Pozostało 580 znaków

2017-03-17 11:12
0

@Wibowit czytaj wątek ze zrozumieniem w takim razie. Chodziło tu o sytuacje kiedy jeden z developerów w firmie część kodu klepie w domu jako swoją libkę a potem "na krzywy ryj" wrzuca ją do projektu w pracy. Developer kiedyś się zwolni, libka będzie miała bugi i nie będzie rozwijana. Ba, może być nawet gorzej bo co jak koleś dorzuci tylko skompilowaną wersję w projekcie? ;)
Wszystko jest ok dopóki macie do tego źródła i traktujecie to trochę jako in-house development i ktoś jednak ogarnia co się tam dzieje pod spodem. Jednocześnie nie wierzę że te bibliteki ot tak ktoś sobie kiedyś wrzucił, bez konsultowania tego z architektami/tech leadmi i bez odpowiedniego przyklepnięcia tego przez jakiegoś managera.


Non nascuntur sed fiunt christiani :)
Nie masz kłopotów? Kup komputer...

[Na pw przyjmuje tylko zlecenia. Masz problem? Pisz na forum, nie do mnie]

Pozostało 580 znaków

2017-03-17 11:16
0

No partyzantka to raczej nie była.

@Wibowit czytaj wątek ze zrozumieniem w takim razie. Chodziło tu o sytuacje kiedy jeden z developerów w firmie część kodu klepie w domu jako swoją libkę a potem "na krzywy ryj" wrzuca ją do projektu w pracy. Developer kiedyś się zwolni, libka będzie miała bugi i nie będzie rozwijana. Ba, może być nawet gorzej bo co jak koleś dorzuci tylko skompilowaną wersję w projekcie? ;)

Serio? Napisałeś wcześniej:

Jeśli polegacie mocno na bibliotece noname ściągniętej kiedyśtam z githuba, która juz nie jest rozwijana to sytuacja wygląda trochę inaczej, bo nagle zostajecie z ręką w nocniku, bo nikt tego nie naprawi.

Ściąganie losowych bibliotek z GitHuba jest czymś innym niż wrzucanie bibliotek do GitHuba przez członków zespołu.


"Programs must be written for people to read, and only incidentally for machines to execute." - Abelson & Sussman, SICP, preface to the first edition<hr>"Ci, co najbardziej pragną planować życie społeczne, gdyby im na to pozwolić, staliby się w najwyższym stopniu niebezpieczni i nietolerancyjni wobec planów życiowych innych ludzi. Często, tchnącego dobrocią i oddanego jakiejś sprawie idealistę, dzieli od fanatyka tylko mały krok."
Demokracja jest fajna, dopóki wygrywa twoja ulubiona partia.
Pokaż pozostałe 3 komentarze
A więc gdyby te kawałki kodu nie siedziały w na githubie , a były dostępne tylko z wewnątrz korpo to by to coś znacząco poprawiło? Nie widzę w tym logiki. - Wibowit 2017-03-17 11:49
Poprawiłoby tyle że dość jasno byłyby wtedy "własnością firmy" i tym samym byłyby przez nią, przynajmniej teoretycznie, utrzymywane. - Shalom 2017-03-17 11:57
Jakby były pisane po godzinach to też byłyby własnością firmy? Oczywistą oczywistością jest to, że licencja tych bibliotek nie może zabraniać firmie (czyli np późniejszym zespołom) grzebania w nich. - Wibowit 2017-03-17 12:02
Jeśli były pisane przez pracownika firmy na firmowym sprzęcie, trzymane w firmowym repo, używane w firmowych projektach i dotyczyły czegoś co firma klepała, to miałbyś dość spory problem udowodnić że nie są własnością firmy ;) - Shalom 2017-03-17 12:04
No u nas te biblioteki nie są w żaden sposób powiązane z dziedziną biznesową systemu - nie wymagają wiedzy z dziedziny biznesowej, ani jej nie implementują. Pewnie to jest powód dla którego ówczesny menedżer zgodził się na ich wydzielenie i wystawienie poza firmę. - Wibowit 2017-03-17 12:08

Pozostało 580 znaków

2017-03-17 11:21
4

Disclaimer: Nie czytałem całej dyskusji tutaj.
Są dwie rzeczy, które należałoby tu rozróżnić - zapisy o zakazie konkurencji po rozwiązaniu umowy oraz IP pracodawcy.

Pracodawcy mają tendencję do umieszczania wpisów zakazujących konkurencji po wygaśnięciu/rozwiązaniu umowy, jednak w znakomitej większości nie są one wiążące nawet jeśli pod takimi się podpisałeś. Generalnie po wygaśnieciu umowy nic Cię z byłym pracodawcą nie wiążę i nie masz obowiązku przestrzegania nieważnej już umowy. Chyba, że pracodawca będzie Ci wypłacał ekwiwalent za poniesione straty. Minimalna wysokość ekwiwalentu jest ustanowiona w jakiejś ustawie, ale jeśli nie ma jej ustalonej nigdzie w umowie to niemal pewne, że pracodawca nie będzie Ci jej płacił. Brak pierwszej wypłaty (do miesiąca po rozwiązaniu umowy) automatycznie uwalnia Cię z zapisów o zakazie konkurencji.

Inny temat to IP. Na to nie trzeba żadnych dodatkowych umów, jego ochrona jest przyznawana pracodawcom przez prawo. Tylko, że tutaj temat jest inny, w praktyce konkretny kod rzadko jest przedmiotem rozszczeń związanych z kradzieżą IP - bardzo łatwo jest udowodnić, że Twój kod jest inny niż kod należący do podmiotu oskarżającego. No chyba, że rzeczywiście ukradłeś i przekleiłeś kod a nie napisałeś go od nowa, wtedy to po prostu kradzież i nie powinieneś potrzebować zapisów w umowie żeby wiedzieć, żeby tego nie robić. Jeśli chodzi o IP to tutaj operujemy raczej w kontekście rozwiązań, które mogą dać znaczącą przewagę na rynku i wiązę się też z pewną innowacją. Kod formularza czy kolejny parser JSON do nich nie należą. Ale np. proces technologiczny tranzystorów 10nm albo swego czasu Carmack's Reverse już tak.


"Wszystko, jeśli dobrze pomyśleć, daje do myślenia."
edytowany 4x, ostatnio: several, 2017-03-17 11:28

Pozostało 580 znaków

2017-03-21 03:55
0

Wiesz, ja odpowiem tobie tak: na studiach od razu założyłem, że prowadzący przedmioty takie jak programowanie to po prostu idioci. Wiem (!) mocne założenie, jednak prawdziwe. Powiem więcej wcześniej usłyszałem, że wykładowca (magister, doktor, profesor) na studiach to "osoba, która nie poradziła by sobie na rynku pracy i dlatego jest na uczelni". Po jakimś czasie uważam to za słuszne stwierdzenie.

Czyli: nie słuchaj wszystkich pierdół które tobie prowadzący stara się sprzedać jako znawca tematu.

Lekka przesada. Tych młodszych można "sprawdzić" na LinkedIn i czasami można się nieźle zaskoczyć - Cr0w 2017-03-21 07:03

Pozostało 580 znaków

2017-03-21 11:55
1

Skoro już o idiotach mowa, to idiotyczne jest założenie, że profesor albo doktor to ma być ktoś, czyim celem jest "radzenie sobie na rynku pracy".

A na niektórych uczelniach kursy technologiczne są prowadzone przez ludzi faktycznie pracujących w zawodzie. Można się zdziwić trafiając potem na prowadzącego zajęcia na rozmowie kwalifikacyjnej.


"HUMAN BEINGS MAKE LIFE SO INTERESTING. DO YOU KNOW, THAT IN A UNIVERSE SO FULL OF WONDERS, THEY HAVE MANAGED TO INVENT BOREDOM. "
Tró. Swoją drogą, widziałem się kiedyś w takiej roli :P - ShookTea 2017-03-21 12:11
Z tym, że jest różnica między osobą prowadzącą kursy, a osobą wykładającą teorie na wykładach. - dawciobiel 2017-03-21 13:22
No jest - od wykładania teorii lepsi są teoretycy (o ile mają talent dydaktyczny). Ale to temat na odrębną dyskusję. - somekind 2017-03-21 15:09

Pozostało 580 znaków

Odpowiedz
Liczba odpowiedzi na stronę

1 użytkowników online, w tym zalogowanych: 0, gości: 1, botów: 0