Czy pracodawca patrzy na wydział?

0

Cześć!

Aktualnie stoję przed wyborem czy ciągnąć studia na "prestiżowym" wydziale jednej z politechnik czy przenieść się na ten sam kierunek, ale na innym wydziale (już mniej prestiżowym, mniejsze progi przy rekrutacji itd). Dlaczego chce to zrobić?, studia uczą wielu ciekawych rzeczy, nie bagatelizuje ich, niestety sądzę, że więcej zyskam dla siebie, jeśli pójde na mniej wymagający wydział a więcej będę pracował sam na swoje konto (od jakiegoś czasu łapie zlecenia na strony/aplikacje www).

Tutaj pojawia się pytanie, czy dla pracodawcy w jakikolwiek sposób zwracają uwage na "prestiż" uczelni tudzież wydziału, który dany osobnik ukończył? Czy nie jest przypadkiem tak, że o wszystkim decyduje CV + rozmowa kwalifikacyjna (+ znajmości^1024 ;P) ?

Jak to wyglądało w waszym przypadku? jak uczelnia którą ukończyliście pomogła wam w znalezieniu pracy?, czy mam dalej marnować czas nad filozofowaniem czy wracać do mojego django? :)

0

Pracodawca najczęściej w ogóle nie patrzy na uczelnie nie mówiąc już o wydziale.

0

A co jak mam wykształcenie technika, jestem świetny w tym na jaką posadę się staram i studiuję zaocznie??
To co nie dostane pracy? Myślę, że bym dostał...

0

Na jednej rozmowie jak jeszcze studiowałem pracodawca nawet nie spojrzał na datę rozpoczęcia studiów i myślał, że już je skończyłem. I nie była to firma, która olewa kandydatów po prostu pracodawcy mają gdzieś jaką uczelnie skończyłeś, w jakim trybie i czy zawaliłeś rok czy może miałeś średnią 5.0. Czasami w testach wstępnych zdarza się pytanie o średnią ze studiów ale z tego co zauważyłem i tak nikt na to nie zwraca uwagi (jakieś głupie wymaganie z HR?).
A i nie spotkałem się jeszcze z zatrudnianiem po znajomości. Tzn. można kogoś polecić ale ten ktoś i tak musi przejść rekrutacje. Znajomości są raczej po to, żeby ktoś ci wskazał fajną firmę o której nawet nie miałeś pojęcia, że zatrudnia. Ale to jest Polska więc pewnie są firmy IT gdzie zdarza się nepotyzm.

0

W takim razie nasuwa się pytanie, po co studia?

0

ja podczas rekrutacji nie patrze pod kątem " z wydziału A" zatrudniam, "z wydziału B" juz nie. Czasem trafi sie jednak kandydat, który nie ma tam wpisanej informatyki i pokrewnych, a np. socjologię - wtedy, a także jak ktoś jest po moim wydziale - jest krótka rozmowa na ten temat, ewentualnie pytanie które daje mi jakas odpowiedz, czy kandydat sie nada, czy oszczedzic mu czasu..

Generalnie nie jest to jednak ważne.

0

Jedyna sytuacja kiedy ktoś patrzy na uczelnię/wydział to wtedy kiedy sam ją kończył, ale wtedy bardziej interesują go ploty w stylu "kto tam jeszcze pracuje" etc.
Ale proponuje się zastanowić czy faktycznie sam będziesz umiał się zmusić do pracy. Bo może się skończyć tak że po 5 latach studiów okaże się że guzik umiesz i pójdziesz do biedronki, bo studia były lajtowe i nikt od ciebie nie wymagał.
A prawda jest taka że nawet te prestiżowe i wymagające studia nie wykluczają możliwości pracy. U mnie na roku niektórzy ludzie pracują od 2 roku. Na 3 i 4 roku nie pracowali tylko ci którym się nie chciało (oczywiście mówie tu o pracy na 1/2 czy 3/5 etatu, bo więcej fizycznie się nie da, ale to zawsze coś).

0

Dwie sprawy odnośnie "zatrudniania po znajomości":

  1. W dobrych firmach występuje to w takiej postaci, jak napisał @0x200x20, tj. pracownicy "polecają" kogoś, czasem namawiając tego swojego kumpla do aplikacji. Ale ten kumpel musi przejść normalną rekrutację. Jeśli okaże się za cienki, a my mówiliśmy, że jest super, to trochę wstyd... Dlatego to się raczej nie zdarza. Jeśli koleś dostanie pracę to osoba, która go poleciła, może dostać za to jakiś bonus od firmy. Czasem pierdołę w rodzaju karnetu na dobrą siłkę, czasem... parę tysięcy zł (ale raczej małych tysięcy).

  2. Jeśli gdzieś występuje chamska wersja takiego zatrudniania po znajomości, tj. ktoś jest prawie z automatu PRZYJMOWANY do pracy, bo zna kogoś innego... To firma jest do bani i nie ma zawracać sobie nią głowy. (No OK, może jak jeden koleś jest tak zatrudniony, to tragedii nie ma, ale... może i tak być)

Kto by chciał pracować w teamie, w którym połowa ludzi została zatrudniona za znajomości? Jak wyglądałoby repozytorium kodu w tejże firmie? Naprawdę, gdybym się w pierwszym miesiącu pracy dowiedział, że w mojej firmie tak jest, to czmychnąłbym stamtąd aż by się za mną kurzyło. Nie miałbym żalu czy pretensji. Może oprócz żałowania, że straciłem głupio ten miesiąc.

Aha: o ile wiem, u mnie fakt ukończenia uczelni nie pomagał w zdobyciu pracy. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Raz czy dwa powiedziano mi explicite, że to nie ma znaczenia.

Gdy ja przyjmuję typków na rozmowę kwalifikacyjną, to też na to nie patrzę. Może HR-y patrzą -- nie wiem.

Fakt faktem, że większość ludzi w teamie akurat ukończyła dobrą uczelnie. Ale nie jest tak, że ci najlepsi ukończyli koniecznie najlepszą uczelnię.

Jeśli chodzi o kierunek, to nie martwiłbym się o to, co pomyśli pracodawca, tylko o to, jak wybór wpłynie na mnie. Na gorszych informach zwykle są nieco (lub sporo) słabsi ludzie, uśredniając. To może nic nie znaczyć, a może... na lepszym kierunku miałbyś lepszy kontakt z dobrze zapowiadającymi się programistami. Może to by Ci coś dało.

Jeśli zaś i tak preferujesz typowo samodzielną naukę -- tzn. każdy z nas się tak musi uczyć, ale niektórzy uczą się niemal wyłącznie sami, a innym pomaga współuczenie z kumplami -- to niższy poziom kolegów nie będzie Ci przeszkadzał, bo i tak Cię nie będą obchodzić. Mi by chyba nie przeszkodził... i tak starałem się pracować w domu na tyle, by na roku nie było nikogo lepszego ode mnie z mojej dość wąskiej dziedziny (oczywiście, z innych dziedzin niektórzy byli ode mnie dużo lepsi). Więc aż tak dużo się do kumpli nie uczyłem.

0

dzięki za odpowiedzi

0

@lukas_gab:
Niezła historyjka :o

Kolejny przypadek, który potwierdza moją tezę, że dla młodego programisty praca w niektórych firmach/zespołach/projektach może mieć wręcz negatywny wpływ. Bo jeszcze taki pomyśli, że to, co tam się dzieje, jest normalne i ma coś wspólnego z profesjonalizmem (skoro firma na tym zarabia...). Słyszałem podobne historyjki zarówno o małych firmach, jak i niesławnym Comarchu (w którym poziom jest nierówny -- możesz trafić dobrze, możesz fatalnie).

Co do "utrudniania sobie życia" to każdy, kto choćby czytał "Pragmatycznego programistę" lub zebrał się na chwilę pomyślunku wie, że kontrola wersji (SVN, Git, whatever) UŁATWIA życie nawet w zespole... jednoosobowym.

I tamten koleś bez SVN-a zatrudniał 10 osób -- niesamowite.

Mam kumpla, który od roku-dwóch prowadzi firmę programistyczną. Zatrudnia kilka osób, zwykle młodych programistów. Klepią w PHP, ale... Od początku mają nie tylko kontrolę wersji (niedawno przeszli na Gita) -- co nie jest żadnym osiągnięciem -- ale też oprogramowanie do śledzenia błędów, zarządzania projektami i przeprowadzają regularne, pół-formalne inspekcje chyba każdego skrawka kodu, który trafia do repozytorium. To też tak naprawdę nie powinno być żadnym osiągnięciem, bo to nic skomplikowanego, ale, jak widać...

1 użytkowników online, w tym zalogowanych: 0, gości: 1